I rocznica śmierci Jean'a Raspail'a

Raspail

Dziś, 13 czerwca, mija I rocznica śmierci Jean'a Raspail'a. Wszyscy, którzy znają Jego twórczość i życie, są wdzięczni Panu Bogu za Niego. Wyraźmy tę wdzięczność w modlitwie o Jego szczęście wieczne. Z okazji tej rocznicy prezentujemy fragment opowiadania pt. Złoty klucz z przygotowywanego do druku w języku polskim przez Wydawnictwo Dębogóra zbioru nowel "Les Hussards: histoires exemplaires". Całość opowiadania znajduje się na stronie Christianitas:

Wbrew stereotypom śmierć powieściopisarza nie przypomina żadnej innej.

Pisarz jest kimś w rodzaju niechlujnego i chaotycznego ślusarza dźwigającego zdekompletowane klucze i zamki, wśród których z trudem znajduje czasem ten czy ów klucz otwierający ten czy inny zamek do duszy, serca, losu. Niektórym nie udaje się to nigdy, co nie przeszkadza im pisać. Wszystkim jednak ich własna śmierć, jeśli tylko zaanonsuje się ona w miarę jasno i w terminie pozwalającym na refleksję, daje wyjątkową okazję wykucia sobie, wedle własnego gustu, złotego klucza, który niechybnie otworzy te ostatnie drzwi. O czym myśli stary pisarz, którego inni uważają już za nieświadomego, leżąc nieruchomo na szpitalnym łóżku, z zamkniętymi oczyma, ledwie radząc sobie z oddechem, podczas gdy jego nos, ramiona i korpus oplata cała sieć rurek tworzących coś w rodzaju skafandra płetwonurka pośmiertnie zanurzonego w świecie żywych? Otóż on się cieszy. Tak jest najczęściej.

Ale zdarzają się przypadki zupełnie wyjątkowe.

Na przykład wybraniec bogów, Brasillach[1]! Umarł na stojąco, rozstrzelany, mając przedtem czas, by w pełni świadomości wycyzelować w więziennej celi swój ostatni klucz. Do tej nielicznej grupki wybrańców należą pisarze samobójcy, którym było dane trzymać ów klucz w dłoni, zważyć go, zmierzyć, obejrzeć z wszystkich stron i w każdym świetle, wreszcie go pokochać – tak jak kocha się dzieło sztuki, zanim w akcie wszechmocy otworzyli nim drzwi do świata zmarłych. Jednak nikt nie wie, jakie myśli towarzyszyły temu aktowi. Testament duchowy, list zostawiony na stole, pośmiertne publikacje i śmierć pojawiająca się nagle niczym znak wodny na kartach tej czy innej z ich książek, jakieś poufne zwierzenia – wszystko to było przed owym aktem. Niektóre klucze pilnie strzegą swej tajemnicy. Albo raczej tajemnicy podwójnej – jedna rozbłyska, gdy druga gaśnie na zawsze. Zostaje nam tylko klucz. Nie tak dawno Montherlant i Gary ofiarowali nam dwa złote klucze[2].

A oto trzeci…

Miałem przyjaciela pisarza. Taka przyjaźń jest jedną z najtrudniejszych i niektórzy pisarze, którzy mają to szczęście, że dobrze się czują w samotności, wolą wcale nie mieć przyjaciół, a jedynie znajomych. Pisarze nie dają nic przyjaciołom, wszystko zachowują dla siebie, nigdy w ich obecności nie otwierają swoich sejfów, gdzie skrywają uczucia – materię, z której czerpią i dzięki której żyją, w obawie, by ich nie ujrzano takimi, jacy są w rzeczywistości, to znaczy puści. Na forum publicznym hojnie wyciągają, niczym króliki z kapelusza, riposty dla dziennikarzy, bon moty wypowiadane podczas kolacji na mieście, występy w telewizji. Wszystko to bzdury, okolicznościowe bla, bla, fałszywa biżuteria dla fałszywych czytelników. Na widok tych błyskotek człowiek obdarzony dobrym gustem wyje z przerażenia. I ja także często wyłem z wściekłości, patrząc, jak na małym ekranie ciska się mój przyjaciel, Fryderyk Puisant. Tym, co przyjaciel pisarza musi przyjąć raz na zawsze do wiadomości, jest fakt, że najlepsze jest ukryte. Może to być diament maleńki niczym gram uranu w środku atomowego stosu, może to być nicość, ale zarówno w jednym, jak i w drugim wypadku przyjaciel nigdy się tego nie dowie i nawet nie powinien próbować tego szukać. Trudne doświadczenie. Podobne do wiary, nadziei, a także – niestety – miłości…

Fryderyk Puisant mieszkał, podobnie jak ja, w Prowansji i był moim sąsiadem. Miał około pięćdziesiątki, na co dzień był nieśmiały i bez wyrazu, zawsze sprawiając wrażenie, jakby się nudził i z góry czuł zmęczenie na myśl, że musi się wypowiadać przy pomocy pióra i papieru, który to akt kosztował go wiele, ale mniej – jak mówił – niż mówienie, i wydawał mu się nieco mniej daremny. Wyłączając pewne szczególne okoliczności, o których opowiem, a które paradoksalnie, choć zgodnie z jego własną logiką, doprowadziły do jego śmierci, człowiek w jego towarzystwie nie mógł liczyć na żadną rozrywkę. Obserwując go z bliska, można było sobie zadać pytanie, jak człowiek tak zwyczajny, którego nie obchodziła ani muzyka, ani malarstwo, ani teatr, ani sport, ani kobiety czy podróże, ani nawet literatura, człowiek, który przemierzał życie milczący jak głaz i smutny jak noc listopadowa, był w stanie pisać powieści. Na domiar złego był to człowiek humorzasty, któremu obojętni byli bliźni i który w pogardzie miał chleb powszedni pisarza – pełną pasji obserwację życia innych ludzi. A zatem? W tym sęk. Jak mi kiedyś powiedział, z mrzonek swego samotnego dzieciństwa, które nigdy go nie opuściły, stworzył sobie mity, marzenia, symbole i wrzucił je do swoich powieści. Nigdy nie wyrósłszy z dzieciństwa (z tego też mi się zwierzył), umiał przynajmniej – jak mi się zdaje – dokonać jego przeniesienia do literatury. Raz lepiej, raz gorzej, ale zawsze lekko i beztrosko, co jest typowe dla ludzi karmiących się iluzją. Pewnego dnia, dziesięć lat temu, kontemplując Morze Śródziemne z prywatnej plaży należącej do willi, którą pożyczyła pisarzowi jedna z jego ciotek (podówczas był on jeszcze biedny), ujrzał on na horyzoncie flotę złożoną z setki starych i zardzewiałych statków mocno przeciążonych milionami wygłodzonych, śniadych istot uzbrojonych wyłącznie w swoją słabość i litość, jaką budziły w innych, które przybyły na Zachód z nędznych zakątków Trzeciego Świata, by szukać tu odrobiny szczęścia, jakiego im odmawiano. Z tej wizji stworzył powieść, niekontrolowany strumień pięciuset stron, z którego to doświadczenia wyszedł rok później mocno wyczerpany, ale wreszcie szczęśliwy. Powieść odniosła pewien sukces. Wtedy właśnie Fryderyk Puisant zrozumiał, że odnalazł swoją drogę, swój styl i pazur, o których inni mówili: trik, mania, obsesja. Przeskakując od mitów do symboli, które całkiem gotowe wyłaniały się dniem i nocą z jego milczenia, popełnił raz za razem cztery powieści o różnym powodzeniu, z których żadna jednak nie odniosła sukcesu większego niż względny sukces tej pierwszej. Francja jest krajem, w którym liczba amatorów mitów i symboli z roku na rok maleje, proporcjonalnie do liczby ich krewnych z bocznej linii, czyli amatorów farsy i atrapy. Nakłady powieści Fryderyka Puisanta stały w miejscu. Myślę, że cierpiał z tego powodu. Nie przyznawał się do tego. Mówił jedynie: „Nie umiem robić nic innego”. Całe dnie spędzał przy biurku nad rozpaczliwie białą kartką, na próżno próbując zmienić styl. Pod koniec dnia, ledwo żywy i zrozpaczony, wypuszczał wyjącą sforę mitów i symboli, którą przez cały dzień więził w kąciku swego umysłu, po czym szedł na polowanie w towarzystwie swoich błaznów. Taki właśnie był. Fryderyk Puisant… Otaczające go mity były jedynie karykaturami, karnawałowymi maskami, pajacami, które w zależności od humoru zmuszały go do śmiechu lub płaczu, a które on odrzucał niczym znudzone zabawą dziecko, gdy przychodziła kojąca, wieczorna godzina szklaneczek whisky. Nawet nie tworzył już z nich powieści. Czasem jedynie krótkie opowiadania. A pod koniec już nic. Tylko barokowe szkice, które inni oceniali jako infantylne, on zaś zabawiał się nimi podczas nielicznych spotkań z wyrozumiałymi przyjaciółmi. Przypuszczam, że właśnie w tym czasie Fryderyk Puisant postanowił wykuć swój ostatni klucz. I właśnie wtedy zostałem jego przyjacielem.

Mieszkał w pięknym domu o wysokich, kamiennych murach, który wznosił się nad równiną hrabstwa Venaissin. Pewnego wieczoru, gdy zaprosił mnie na kolację, idąc do niego, podniosłem głowę, spojrzałem w okno jego gabinetu i odkryłem przytwierdzone tam nowe drzewce, na których radośnie powiewała targana mistralem nieznana mi chorągiew. Fryderyk Puisant sam siebie mianował konsulem wymyślonego kraju. Cała kolacja poświęcona była rozwijaniu tej gry wyobraźni. Była ona nieco dziwaczna, acz zabawna, i przybierała ciekawe i smakowite kształty, jeśli się do niej podchodziło z zaangażowaniem, co obecnym przychodziło bez trudu, bo w tych okolicznościach Fryderyk porzucał swoją zwykłą apatię i stawał się całkiem innym człowiekiem. Goście byli mu za to wdzięczni, gdyż muszę przyznać, że na ogół jego kolacje były raczej nudne. Ta gra, jedna z lepszych, trwała kilka lat. Fryderyk Puisant zamówił sobie godne ambasadora wizytówki, swój samochód opatrzył tablicą rejestracyjną korpusu dyplomatycznego i wyprawił przyjęcie na pięćdziesiąt osób z okazji święta narodowego kraju, który nie istniał. Mit przeczył sam sobie. Fryderyk Puisant celebrował nicość. Czy naprawdę w chorym umyśle uważał siebie za konsula? Jestem przekonany, że wręcz przeciwnie. Fryderykowi Puisantowi z trudem przychodziło uważać się za Fryderyka Puisanta… Zresztą gdy ta gra przestała go bawić, wykorzystał zmianę na stanowisku Prezydenta Republiki Francuskiej, by „na rozkaz swego rządu” zerwać stosunki dyplomatyczne. W ten sposób umarł konsul Puisant. Śmierć absolutnie symboliczna. Gdybym mógł przewidzieć drugą, wiedziałbym, że Fryderyk Puisant, nie całkiem zdając sobie z tego sprawę, właśnie wykonał pierwsze ruchy pilnikiem, wycinając ząbki swojego złotego klucza…

Nastąpił czas pustki. Swoje odkrycia zostawiał dla siebie. Był wystarczająco mądry, by wiedzieć, że nie nadawały się nawet na krótką opowiastkę dla przyjaciół. Było to jak wędrówka przez pustynię. Płaską pustynię bez światła i cienia. Ale przynajmniej nie umierał z pragnienia. Fryderyk Puisant pił więcej, niż nakazywał rozsądek, i kiepsko znosił towarzystwo pijących wodę, jakby się obawiał, że zostanie wypłoszony ze swej pustyni przez tych spośród swoich gości, którzy zachowali trzeźwy osąd. Tych się obawiał. Pewnego dnia powiedział do mnie: „No, napij się i nie patrz na mnie w ten sposób!”. Kolacje u niego stały się przygnębiające. Ale ponieważ był on człowiekiem, który odczuwał wręcz fizyczny strach przed pójściem do łóżka, pozostawiwszy złe wrażenie, wymyślił sobie ostatnie słowo, finałową scenę, po której goście mogli wyjść. Nosiła ona tytuł „Mogiła Południowca”. Kiedy wypito ostatni kieliszek, zamiast zwykłego pożegnania wymykał się do przylegającego do salonu gabinetu i wołał: „Chodźcie tu! Chodźcie! Umarłem…”. Biegliśmy do niego. Leżał na płytkach terakoty w pozycji nieboszczyka, nakryty czerwoną flagą z biało-niebieskim krzyżem świętego Andrzeja amerykańskich konfederatów, z szarą czapką konfederacką na piersi, z dłońmi złożonymi, zamkniętymi oczyma, nieruchomy, jakby właśnie oddał ducha w wieczór kapitulacji Vicksburga w tysiąc osiemset sześćdziesiątym piątym roku. Trzeba przyznać, że ten naiwny obrazek pokonanego robił wrażenie. Ja, który go dobrze znałem, odnajdywałem w nim owo zamiłowanie do heroicznej klęski, którą w swoich powieściach przedkładał nade wszystko, choć sam, jak sądzę, nigdy w całym swoim życiu nie stoczył żadnej walki i nie nosił żadnego munduru. Czemuż więc nie umierał jako zwycięzca? Czemu nie grał sceny „Mogiła Jankesa”? Gdy go kiedyś o to spytałem, odparł: „Chciałbyś mi odebrać taką piękną rolę? I skąd ci w ogóle przyszło do głowy, że kiedykolwiek zwyciężyłem na jakimkolwiek polu!”. W takie wieczory do dobrego tonu należało poderwanie poległego okrzykami i śmiechem, a on zdawał się zachwycony osiągniętym efektem i kładł się spać szczęśliwy, spełniony. Jak zwykle pokonany, ale na własnym terenie. Mity i wygłupy. Farsa i symbole. Cześć pieśni…

Tamtego lata kilka razy odegrał przed nami „Mogiłę Południowca”. Później nie miał już odwagi serwować tego samego dania. Pod koniec wieczora stawał się milczący i z kieliszkiem w ręku obchodził salon, by wreszcie pójść do swego gabinetu i wrócić do nas zmartwiony jak dziecko, które odesłano do łóżka i zapomniano mu życzyć dobrej nocy. Zwykle wtedy znajdowała się jakaś dobra dusza, która prosiła: „Fryderyku, bądź tak miły i zagraj scenę Mogiła Południowca…”. A on, zachwycony, czynił prośbie zadość. Aż do pewnego wieczora, kiedy, wypiwszy więcej niż zwykle, odgrywając ponownie „Mogiłę Południowca”, zamiast poderwać się przy wtórze naszych śmiechów, pozostał na ziemi, przykryty flagą konfederacką, z zamkniętymi oczyma i złożonymi dłońmi. „Idźcie sobie – powiedział – mnie tu dobrze, umarłem…” Trwało to kilka minut, podczas których dopiliśmy w salonie nasze kieliszki. Potem wróciliśmy do wezgłowia Południowca. „Fryderyku! Wychodzimy!” Brak odpowiedzi. Układ splecionych dłoni i katedralna sztywność ciała wskazywały na to, że nie spał. „Fryderyku! Fryderyku…” Nikt już się nie śmiał. Jeden po drugim wyszliśmy na palcach, smutni i speszeni, jakbyśmy uciekali z pokoju czuwania, gdzie spoczywa zmarły przyjaciel… I nigdy już więcej nie było mowy o mogile Południowca. Podczas następnej kolacji nawet coraz smutniejsza mina Fryderyka Puisanta nie skłoniła nas do wyartykułowania prośby, na którą czekał, zupełnie jakby każdy z nas bał się, że ujrzy jego prawdziwe zwłoki leżące u naszych stóp. Właśnie tak o tym później pomyślałem.

By trwać, zabawiał się też bez większego przekonania innymi iluzjami. Serwował je nam i podpierał się nimi jak kulami, ale po raz pierwszy miałem wrażenie, że tylko czekał na okazję, by je odrzucić i zwalić się na ziemię niczym połamana kukła, rozpadając się całkowicie po zderzeniu z twardą rzeczywistością. Owe iluzje były jedynie protezami dla jego opustoszałej duszy. Ale jedna z nich radośnie ożywiła pewien wieczór. Podczas tamtej kolacji jeden z przyjaciół Fryderyka zaczął opowiadać o porzuconej przez mieszkańców wiosce w sąsiednim departamencie Drôme, zagubionej wśród gór, leżącej na krańcu drogi kompletnie nieprzejezdnej zimą, gdzie trzech samotnych osiemdziesięciolatków stanowiło cały elektorat oraz radę gminy składającej się ze zrujnowanych chałup i ruder o podziurawionych na przestrzał dachach, których nikt nie chciał remontować i przerabiać na letnie dacze ze względu na położenie o lata świetlne od cywilizacji. Nagle zobaczyłem, jak mój Fryderyk Puisant zrobił się ożywiony i podekscytowany. Odkrycie takiego pustkowia pasowało do niego jak ulał. Słuchając go, można by pomyśleć, że już jutro powinniśmy ruszyć w drogę i wziąć owo miejsce w posiadanie. Na samą myśl jego oczy błyszczały radośnie. My wszyscy zgromadzeni przy stole i jeszcze kilku innych, których on skrzyknie, powinniśmy kupić za bezcen po kawałku tych nieużytków, kamienistych pól, wielokrotnie spustoszonych pożarami lasów, parafię od dziesięciu pokoleń pozbawioną księdza oraz wszystkie chałupy wioski. Podnieść je z ruin? Odrestaurować? Przywrócić do życia? Nigdy! Pustkowie należy hołubić niczym dzieło sztuki. Trzej osiemdziesięciolatkowie szybko opuszczą ten padół i zostaniemy tam sami, we własnej kompanii współwłaścicieli pustkowia i wyborców gminy zjawy, rozdając między siebie karykaturę władzy – stanowisko mera, jego zastępców, urzędników straży gminnej i tym podobne. I co dalej? W tym momencie biesiady każdy z nas sporo już wypił. Posypały się bełkotliwe propozycje. Można zorganizować festiwal mszy z nagrodami, ochrzcić ulice nazwiskami pisarzy wyklętych – Brasillacha lub Céline’a, zaleźć na skórę prefektowi, podjąć uchwałę zakazującą wstępu na teren gminy indywiduom, których gęby nam się nie podobają, i wywiesić ich podobizny na tablicy przy wjeździe do wioski, przejrzeć listy wyborców i kazać głosować wszystkim nieboszczykom spoczywającym na lokalnym cmentarzu… Fryderyk kiwał głową: „Oczywiście, oczywiście… Jednak wszystkie te pomysły zapowiadają działanie, reprezentują jakąś ideę. Trzeba znaleźć coś, co nie reprezentuje niczego…”. Postanowiliśmy spotkać się ponownie następnego dnia rankiem przed pocztą w Vaison-la-Romaine, gdzie zaopatrzeni w kanapki i napoje mieliśmy się wpakować do land rovera, by ruszyć na podbój pustkowia.

Następnego dnia Fryderyk zadzwonił do mnie o świcie. Głos miał smutny, brzmiał ponuro – ani śladu wczorajszego podniecenia. Nie chodziło o porannego kaca, ale raczej – co zrozumiałem później – rozpaczliwe znużenie kogoś, kto codziennie rano, po przebudzeniu, wpatruje się w pustkę. Trzeba odwołać spotkanie – powiedział. To nie był dobry pomysł, nie dopracowaliśmy go, jak trzeba… A on czuł się zmęczony… Nie miał ochoty na wyprawę… Odłożył słuchawkę. Trochę miałem mu to za złe. Przez ponad dwa tygodnie się nie odzywał, a ja nie dzwoniłem do niego.

Rankiem szesnastego dnia to on zadzwonił do mnie.

– Janie! Co robisz dziś wieczorem? Mam wspaniały pomysł! Ubawimy się po pachy! Zapraszam na kolację.

To był stary, dobry Puisant, serdeczny, wesoły, nareszcie szczęśliwy i pełen życia. Powinienem był coś podejrzewać. Umówił się ze mną w małej restauracji w wiosce Séguret, gdzie bywaliśmy już wcześniej.

Bardzo lubię tę starą wioskę przyczepioną do skalnego zbocza. Ma ona tylko jedną, pięknie wybrukowaną uliczkę, zbyt wąską, by mogły nią jeździć samochody, z dwiema ufortyfikowanymi bramami z trzynastego wieku na obu jej krańcach. Hugenoci i katolicy radośnie podrzynali sobie tam gardła w czasie wojen religijnych – jedynych, w których, moim zdaniem, zabijano się z prawdziwą przyjemnością. Ilekroć przekraczałem bramę do Séguret, w uszach brzmiał mi szczęk broni i wrzaski walczących. Wszystko pozostało niemal nietknięte – krata, machikuły, otwory strzelnicze, okienko strażnika, a nawet dwa wysokie, dębowe, nabijane żelaznymi ćwiekami skrzydła bramy zawieszone na oryginalnych zawiasach, zawsze szeroko otwarte. Za każdym razem zastanawiałem się, dlaczego mieszkańcy Séguret nie zamykali ich i nie kryli się przed złowrogą ludzkością w obrębie murów, uchylając jedynie bramę przed tymi z odwiedzających, których gęby im się podobały. W tym świecie otwartych miast i wiosek szansa, by się zamknąć, nie zdarza się często. Pewnego dnia pożałują, że z niej nie skorzystali…

Fryderyk czekał na mnie, siedząc przy nakrytym stoliku stojącym z dala od innych gości, na rozkosznym placyku przed restauracją, skąd roztaczał się widok na całą równinę hrabstwa Venaissin. W kieliszku miał napój w kolorze ciemnego bursztynu, który musiał być szkocką z dodatkiem kropelki wody.

– To pierwsza tego wieczoru – powiedział. – Z drugą czekałem na ciebie. Siadaj.

Położono przed nami dwa nakrycia.

– Będziemy knuć? – spytałem.

– Właśnie tak! Mówmy cicho. Ten wielki Holender w ogrodniczkach, co siedzi za tobą, to przebrany inspektor służb specjalnych…

Rzuciłem okiem przez ramię. Domniemany inspektor siedział smętnie w towarzystwie opasłej, głośno sapiącej przy jedzeniu blondyny, będącej prawdopodobnie jego małżonką, oraz dwóch kudłatych, dorosłych potworów płci męskiej, będących zapewne ich potomstwem, jako żywo przypominających facetów, jakich można zobaczyć w Hadze, łażących w rozchełstanych mundurach świętej pamięci armii holenderskiej.

– Jesteś pewien? – spytałem.

– Są bardzo sprytni.

Fryderyk Puisant był w swoim żywiole. Patrzyłem na niego z czułością pomieszaną z odrobiną złości. Oto w wieku lat pięćdziesięciu sześciu rzucał wyzwanie moim pięćdziesięciu pięciu, każąc mi po raz kolejny grać z nim, niczym dwaj kumple po wyjściu ze szkoły, w jakąś infantylną i bajkową grę… Przyniesiono nam podwójne szkockie i złożyliśmy zamówienia.

– Dobra, wal! – powiedziałem.

Rwał się do tego z całej duszy. Popatrując ostentacyjnie na inspektora i jego grubaskę, którzy mnie wydawali się raczej pochłonięci wylizywaniem do czysta swoich talerzy, wyjął z wielkiej koperty dwa dokumenty i trzymając jeden pod pachą, uroczyście podał mi drugi.

– To prawdziwa bomba! – powiedział.

– Doprawdy? – odparłem bezradnie.

Ów niebezpieczny materiał składał się z wyciętego i naklejonego na karton kawałka mapy Michelina, której obrys miał pewnie przedstawiać granice. Widniały na niej, podkreślone na czerwono, dobrze mi znane nazwy miejscowości – Séguret, Sablet, Modène, Malaucène, Le Barroux, oraz podkreślone trzema czerwonymi liniami Carpentras. Nie było na niej Awinionu ani Orange.

– To hrabstwo Venaissin – powiedziałem. – No i? Postanowiłeś założyć sieć papieskich sklepów z pamiątkami?

– Prawie. Ale porozmawiajmy poważnie.

Uniósł rękę, przywołując kelnera. Rozmowa miała być doprawdy bardzo poważna, zważywszy na rozmiar przyniesionego nam za chwilę dzbana z doskonałym, wytrawnym, różowym winem o owocowym smaku i wysokiej zawartości alkoholu, ambrozji, która zstąpiła do nas z górzystych winnic Cabasse. I było oczywiste, że ten dzban nie będzie ostatnim.

– Porozmawiajmy poważnie – odparłem niczym echo, napełniając hojnie nasze kieliszki. – Masz na oku hrabstwo Venaissin? W porządku. Oświeć mnie.

Rzucił mi spojrzenie pełne przykrości, jakim obdarza się przygłupów o szczególnie leniwych umysłach.

– Wiesz, co się dzieje we Francji? – spytał. – Masz pojęcie? Czytasz gazety? Słuchasz radia?

Prawie wcale. Moje nawyki uległy zmianie, kiedy w przeciągu trzech miesięcy zmieniono prezydenta, rząd, ministrów wraz z ich kochankami, kierowców, doradców i błaznów, posłów, społeczeństwo, styl, język, a nade wszystko maniery, a ja czułem do tego wszystkiego obrzydzenie. I postanowiłem spuścić na ten nowy pejzaż zasłonę obojętności. Proszę uprzejmie, ale beze mnie! Pytanie, czy kiedykolwiek byłem im potrzebny…

 

Książki Jean'a Raspail'a można nabyć tutaj:

Miłosierdzie

Sire

Pierścień Rybaka

Na Królewskim Szlaku



Msza po dawnemu...

Tradycja zanegowana

Dekalog

Mszalik

Mity i prawda

Zamów Nova et Vetera

Nasze rekolekcje

rekolekcje

Libri Selecti

Libri Selecti

Summa liturgiae

O nas

Czas na przywrócić prawdziwego ducha łacińskiej cywilizacji i polskości! Koniec bierności, czas zatrzymać i odeprzeć wrogów Kościoła, cywilizacji i polskości! Czas się podnieść i wyjść odważnie naprzeciw wrogom…
Czytaj dalej >>>

Potrzebujemy pomocy



Newsletter

Po zapisaniu się do Newslettera otrzymasz od nas 3 prezenty:
1) 15 tekstów liturgicznych, modlitw i pieśni (łac. i pol.)
2) encyklikę Piusa X "Pascendi dominici gregis"
3) encyklikę Benedykta XVI "Deus caritas est".

Czytelnia

Wyszukaj na stronie

Newsletter

To co najważniejsze prześlemy na Twój e-mail!